Nic nie dzia�a�o. Pr�bowali�my wszystkiego. Essie wyj�a wachlarz z Albertem z gniazda, ale on zablokowa� stery, wi�c nawet bez niego nie mogli�my niczego zmieni�. Essie znalaz�a inny program pilota�owy i pr�bowa�a go wstawi�; zosta� wyrzucony z systemu. Wykrzykiwali�my jego imi�, przeklinali�my go i b�agali�my, �eby wr�ci�. Nic z tego.
Przez par� dni, kt�re wydawa�y si� tygodniami, lecieli�my dalej, prowadzeni przez nieistniej�ce r�ce mojego nie dzia�aj�cego programu do wyszukiwania danych, Alberta Einsteina. A tymczasem ten stukni�ty g�wniarz Wan i ciemnow�osa dama z moich sn�w znajdowali si� w statku kosmicznym Kapitana Heecha, a za nami �wiaty zamartwia�y si� narzekaj�c na przemoc, z kt�r� nie mog�y sobie poradzi�. Ale nie to zajmowa�o nasze my�li. Nasze troski by�y czym� znacznie bli�szym. Po�ywienie, woda, powietrze. Za�adowali�my na Prawdziw� Mi�o�� zapasy na d�ugi rejs, znacznie d�u�szy ni� ten.
Ale nie dla pi�ciu os�b.
Nie, �eby�my nic nie robili. Robili�my wszystko, o czym tylko mogli�my pomy�le�. Walthers i Yee-xing pr�bowali razem skleca� w�asne programy do pilota�u - wypr�bowali je, ale nie by�y w stanie prze�ama� blokad Alberta. Essie robi�a wi�cej ni� ktokolwiek z nas, gdy� Albert by� jej dzie�em i nie chcia�a, nie mog�a przyzna� si� do pora�ki. Testy i ponowne testy; pisanie program�w testowych i patrzenie, jak nie daj� �adnych wynik�w; prawie nie spa�a. Skopiowa�a ca�e oprogramowanie Alberta na osobny wachlarz i wypr�bowa�a je - nadal maj�c nadziej�, �e istnia�o gdzie� mechaniczne uszkodzenie.
Ale wszystko powt�rzy�o si�, kiedy znalaz� si� na nowym no�niku. Dolly Walthers bez s�owa skargi karmi�a nas wszystkich, usuwa�a si� z drogi gdy tylko przesz�o jej przez my�l, �e komu� przeszkadza (co si� nie zdarza�o), pozwala�a nam si� wygada� w chwilach, kiedy utkn�li�my w martwym punkcie (co zdarza�o si� bardzo cz�sto). Moje zadanie by�o najtrudniejsze ze wszystkich. Albert by� moim programem, stwierdzi�a Essie, wi�c je�li zareaguje na kogokolwiek, t� osob� b�d� ja. Siedzia�em wi�c i gada�em do niego. Tak naprawd� gada�em w powietrze, bo nic nie wskazywa�o na to, �e s�ucha, kiedy tak go przekonywa�em, gada�em, wo�a�em, wrzeszcza�em, b�aga�em.
Nie odpowiada�, nie pojawi�o si� w powietrzu najmniejsze l�nienie jego obecno�ci.
Kiedy zrobili�my przerw� na posi�ek, Essie stan�a za mn� i zacz�a masowa� mi ramiona. Wysiada�o mi co prawda raczej gard�o od ci�g�ego gadania w pustk�, ale doceni�em jej inicjatyw�.
- W ko�cu - rzek�a dr��cym g�osem, bardziej w powietrze ni� do mnie - on chyba musi zrozumie�, co robi. Musi zauwa�y�, �e zapasy s� ograniczone. Musi nas jako� dostarczy� z powrotem do cywilizacji, przecie� Albert nie mo�e celowo pozwoli� nam umrze�? - S�owa by�y stwierdzeniem, ale ton, jakim je wypowiedzia�a, nie.
- Tego jestem pewien - odpar�em, ale nie odwraca�em si�, �eby nie zobaczy�a mojej twarzy.
- Ja te� - rzek�a ponurym tonem, a kiedy odsun��em od siebie talerz, Dolly zmieni�a temat pytaj�c macierzy�sko:
- Nie smakuje ci moje jedzenie? Palce Essie przesta�y masowa� moje ramiona i wpi�y si� w nie.
- Robin! Ty nic nie jesz!
I nagle wszyscy patrzyli na mnie. Przecie� to �mieszne. Byli�my nie wiadomo gdzie, z niewielk� szans� na dotarcie do domu, a cztery osoby gapi�y si� na mnie, bo nie zjad�em obiadu. To oczywi�cie Essie matkowa�a mi na pocz�tku naszej podr�y, zanim Albert zamilk�; a nagle wszyscy zdali sobie spraw�, �e mog� by� chory.
Szczerze m�wi�c, rzeczywi�cie by�em. Szybko si� m�czy�em. R�ce mi cierp�y, jakby chcia�y p�j�� spa�. Nie mia�em apetytu - ca�ymi dniami prawie nic nie jad�em, co przesz�o niezauwa�one tylko dlatego, �e zwykle wrzucali�my co� w siebie w po�piechu, gdy znalaz�a si� chwila czasu.
- Dzi�ki temu zapasy starcz� nam na d�u�ej. - U�miechn��em si�, ale nikt nie odwzajemni� u�miechu.
- Robin, g�uptasie - sykn�a Essie, a jej palce pu�ci�y moje ramiona i sprawdzi�y temperatur� mojego czo�a. Ale to akurat by�o w porz�dku, bo �yka�em aspiryn�, kiedy nikt nie widzia�. Przybra�em cierpliwy wyraz twarzy.
- Nic mi nie jest, Essie. - Nie by�o to tak ca�kiem k�amstwo, mo�e troch� pobo�ne �yczenie, ale nie by�em pewien, �e jestem naprawd� chory. - Chyba powinienem podda� si� badaniom, ale skoro nie mamy Alberta do dyspozycji...
- A po co?
Przekrzywi�em g�ow� w zdumieniu i spojrza�em na Essie.
- Do tego wystarczy nam podprogram medyczny - rzek�a stanowczo.
- Podprogram?
Zgniot�a swoj� porcj� jedzenia.
- Program medyczny, program prawny, program sekretarski - to wszystko zosta�o w��czone w Alberta, ale mo�na je uruchamia� oddzielnie. Wywo�aj program medyczny! No ju�!
Gapi�em si� na ni�. Przez chwil� nie mog�em s�owa powiedzie�, gdy� moje my�li szale�czo si� �ciga�y.
- Zr�b jak m�wi�! - krzykn�a, a ja wreszcie zdo�a�em co� powiedzie�.
- Nie program medyczny! - wrzasn��em. - Jest co� lepszego! - Po czym odwr�ci�em si� i krzykn��em w rzadkie powietrze:
- Sigfridzie von Psych! Rozpaczliwie ci� potrzebujemy!
By�y takie czasy w okresie, gdy by�em poddany
psychoanalizie, kiedy nie mog�em si� a� doczeka�, kiedy Sigfrid si� pojawi. Czasem faktycznie musia�em czeka�, gdy� wtedy Sigfrid by� hybryd� obwod�w Heech�w i ludzkiego oprogramowania, a �aden z kawa�k�w tego oprogramowania nie zosta� napisany przez moj� �on� Essie. Essie by�a dobra w swojej bran�y. Milisekundy czasu reakcji sta�y si� pikosekundami, a te - femtosekundami, wi�c pracuj�cy w czasie rzeczywistym Albert m�g� reagowa� jak cz�owiek - diabli tam, akurat! Lepiej ni� jakikolwiek cz�owiek!
Kiedy wi�c Sigfrid nie pojawi� si� od razu, dozna�em takiego uczucia jak wtedy, gdy cz�owiek pstryka wy��cznikiem, a �wiat�o si� nie zapala, bo �ar�wka si� przepali�a. Nie tracisz czasu na ponowne pstrykanie prze��cznikiem. Po prostu wiesz, �e nie dzia�a.
- Nie tra�my czasu - rzek�a Essie ponad moim ramieniem. Je�li g�os mo�e brzmie� blado, jej w�a�nie tak brzmia�.
Odwr�ci�em si� i pos�a�em jej s�aby u�miech:
- To chyba jest gorzej ni� my�la�em - rzek�em. Rzeczywi�cie jej twarz by�a blada. Po�o�y�em jej r�ce na d�oniach. - Tak sobie przypominam - powiedzia�em, zaczynaj�c rozmow� dzi�ki kt�rej mogli�my nie my�le� o tym, jak jest kiepsko. - Kiedy chodzi�em na seanse z Sigfridem, najgorszym momentem by�o oczekiwanie a� si� pojawi. Zawsze robi�em si� troch� spi�ty i... - Tak sobie plot�em o niczym i mog�em robi� to jeszcze przez wieczno��, gdybym nie zobaczy� w oczach Essie, �e ju� nie musz�.
Odwr�ci�em si� i w tej samej chwili us�ysza�em jego g�os.
- Przykro mi s�ysze�, �e to by�o dla ciebie takie trudne, Robinie - rzek� Sigfrid von Psych.
Nawet jak na projekcj� holograficzn� Sigfrid nie wygl�da� zbyt dobrze. Siedzia� sobie niewygodnie opieraj�c si� o pustk� z r�kami z�o�onymi na kolanach. Program nie zada� sobie trudu dostarczy� mu krzes�o czy notatnik. Tylko Sigfrid, wygl�daj�cy - a o ile pami�tam, niecz�sto tak wygl�da� - na do�� zdenerwowanego. Spojrza� po kolei na ka�dego z naszej pi�tki,
przygl�daj�c si� mu dok�adnie i westchn�� nim wr�ci� do mnie.
- C�, Robinie - powiedzia� - czy chcia�by� zatem mi powiedzie�, co takiego ci� dr�czy?
S�ysza�em, jak Audee Walthers bierze oddech, �eby mu powiedzie�, a Janie cmoka, �eby go powstrzyma�, gdy� Essie potrz�sn�a g�ow�. Nie patrzy�em na �adne z nich. Powiedzia�em:
- Sigfridzie, stary blaszany cwaniaku, mam problem z twojego podw�rka.
Spojrza� na mnie spod wzniesionych brwi.
- Tak, Robinie?
- To przypadek amnezji.
- Powa�nej?
- Ca�kowitej.
Pokiwa� g�ow� jakby w�a�nie tego si� spodziewa�.
- Wola�bym, Robinie, �eby� nie u�ywa� takich specjalistycznych okre�le�. - Westchn�� splataj�c i rozplataj�c palce na brzuchu. - Powiedz, czy prosisz o pomoc w swoim w�asnym imieniu?
- Niezupe�nie Sigfridzie - przyzna�em. Ca�e podchody mog�y i�� na marne. I chyba niewiele brakowa�o, �eby tak si� sta�o. Milcza� przez chwil�, ale nie by� ca�kiem nieruchomy - jego palce wirowa�y wok� siebie, a w powietrzu wok� jego sylwetki zarysowa�a si� b��kitna po�wiata, gdy si� porusza�. Powiedzia�em: - Chodzi o mojego przyjaciela, Sigfridzie, by� mo�e najbli�szego przyjaciela, jakiego mam na �wiecie i on jest w powa�nych k�opotach.
- Rozumiem - odpar� kiwaj�c g�ow�, jakby rzeczywi�cie tak by�o, co jak s�dz� nie by�o do ko�ca prawd�.
- Wiesz - wspomnia� - �e twojemu przyjacielowi nie b�dzie mo�na pom�c, dop�ki nie pojawi si� osobi�cie.
- On jest tutaj, Sigfridzie - rzek�em mi�kko.
- Tak - rzek� - tak w�a�nie s�dzi�em. - Jego palce by�y teraz nieruchome i odchyli� si� do ty�u, jakby opieraj�c si� o nieistniej�ce krzes�o. - Mo�e wi�c by� mi o tym powiedzia�, Robinie i... - rzek� z u�miechem, kt�ry wydawa� mi si� najmilsz� rzecz�, jak� widzia�em w �yciu
- ... tym razem, Robinie, mo�esz u�ywa� technicznych okre�le�, je�li wolisz.
Us�ysza�em, jak za mn� Essie delikatnie wypuszcza powietrze i zda�em sobie spraw� z tego, �e oboje wstrzymywali�my oddech. Si�gn��em do ty�u po jej r�k�.
- Sigfridzie - rzek�em, czuj�c jak wraca mi nadzieja
- jak rozumiem, okre�lenie "amnezja" odnosi si� do ucieczki od rzeczywisto�ci. Je�li taka osoba znajdzie si� w sytuacji dwustronnego zobowi�zania - wybacz, chcia�em po prostu powiedzie�, �e znajduje si� on w sytuacji, w kt�rej jeden silny bodziec jest zak��cany innym, wi�c nie mo�e poradzi� sobie z tak� sprzeczno�ci�
- odwraca si� od niej plecami. Ucieka. Udaje, �e nie istnieje. Wiem, �e mieszam tu kilka r�nych szk� psychoterapii, Sigfridzie, ale chyba w�a�ciwie uj��em g��wn� my�l?
- Do�� dok�adnie, Robinie. Przynajmniej rozumiem co m�wisz.
- Jako przyk�ad mo�na by poda�... - zawaha�em si�
- ...by� mo�e kto� jest bardzo zakochany w swojej �onie i odkrywa, �e mia�a przygod� z jego najlepszym przyjacielem. - Poczu�em, jak palce Essie zaciskaj� si� na mojej r�ce, ale nie zrani�em jej uczu�; po prostu dodawa�a mi odwagi.
- Robinie, mylisz pop�d z emocj�, ale to nie ma znaczenia. Do czego zmierzasz?
Nie pozwoli�em, �eby mnie pogania�.
- Albo inny przyk�ad - kontynuowa�em - ten mo�e by� religijny. Kto� o g��bokiej wierze nagle odkrywa, �e nie ma Boga. Nad��asz, Sigfridzie? By� to dla niego akt wiary, cho� wiedzia�, �e istnieje wielu religijnych ludzi, kt�rzy z nim si� nie zgadzali, a nagle, krok po kroku, odkrywa coraz wi�cej argument�w przemawiaj�cych za ich opini�, a� to uczucie staje si� przemo�ne...
Pokiwa� uprzejmie g�ow�, s�uchaj�c, ale zn�w zacz�� wymachiwa� palcami.
- I wreszcie musi zaakceptowa� mechanik� kwantow� - doko�czy�em.
I to by� drugi moment, w kt�rym wszystko mog�o p�j�� w diab�y i chyba niewiele brakowa�o, �eby tak si� sta�o. Hologram przez chwil� paskudnie migota�, a wyraz twarzy Sigfrida si� zmienia�. Nie mog� okre�li�, jak. To nie by� �aden wyraz twarzy, kt�ry bym rozpozna�; wszystko by�o niewyra�ne i rozmazane.
Kiedy jednak przem�wi�, jego g�os brzmia� pewnie.
- M�wi�c o pop�dzie i amnezji, Robinie - rzek� - masz na my�li istoty ludzkie. Wyobra�my sobie, �e pacjent, kt�rym jeste�my zainteresowani, nie jest cz�owiekiem. - Zawaha� si�, po czym doda�: - Nie ca�kiem. - Wyda�em z siebie zach�caj�cy odg�os, bo tak naprawd� nie wiedzia�em, jaki powinien by� nast�pny krok. - Chcia�em powiedzie�, �e za��my, i� ma on te pop�dy i emocje... e... zaprogramowane... powiedzmy, ale wy��cznie w taki spos�b, w jaki mo�na co� zaprogramowa� cz�owiekowi - na przyk�ad m�wienie w obcym j�zyku u kogo�, kto jest ca�kowicie doros�y. Mamy tam do czynienia z wiedz�, ale nie zosta�a ona ca�kowicie zasymilowana. Ci�gle m�wi z akcentem. - Zamilk� na chwil�. - My nie jeste�my lud�mi.
D�o� Essie zacisn�a si� mocno na mojej. Ostrze�enie.
- Albertowi zaprogramowano ludzk� osobowo�� - rzek�em.
- Tak. W takim stopniu, w jakim to mo�liwe. W bardzo du�ym - zgodzi� si� ze mn� Sigfrid, ale twarz mia� ponur�. - Albert nadal nie jest cz�owiekiem, gdy� �aden program komputerowy nim nie jest. Wspomn� tylko, �e �adne z nas nie potrafi do�wiadczy�, powiedzmy, TPN. Kiedy ludzka rasa szaleje z powodu cudzego szale�stwa, my nic nie odczuwamy.
Rozmowa wyra�nie zmierza�a na grz�ski grunt - cienki l�d chrz�ci� pod stopami na grz�zawisku, je�li wi�c przycisn� go za mocno, w co te� mo�emy wszyscy wpa��? Essie trzyma�a mnie mocno za r�k�; pozostali prawie nie �mieli oddycha�. Zacz��em m�wi�:
- Sigfridzie, istoty ludzkie tak�e bardzo r�ni� si� od siebie. Ale dawniej mawia�e�, �e to nie ma wi�kszego znaczenia. M�wi�e�, �e problemy umys�u s� wy��cznie problemami umys�u i tam te� znajduje si� lekarstwo na te problemy. Twoje zadanie polega�o na udzieleniu
pacjentom pomocy w wyci�gni�ciu ich na �wiat�o dzienne, gdzie mogli sobie z nimi poradzi�, a nie trzyma� je w ukryciu, gdzie mog� spowodowa� obsesje, neurozy i ... amnezj�.
- Istotnie tak m�wi�em, Robinie.
- Po prostu kopa�e� star� maszynk�, tak Sigfridzie? �eby uwolni� j� z miejsca, w kt�rym utkwi�a? U�miechn�� si� - u�miech by� blady, ale by�.
- To do�� bliskie prawdy okre�lenie, jak s�dz�.
- Dobra. Pozw�l mi wi�c wypr�bowa� na tobie pewn� teori�. Za��my wi�c, �e �w m�j przyjaciel - nie odwa�y�em si� po raz drugi wymieni� jego imienia - �w m�j przyjaciel wpad� w konflikt, z kt�rym nie mo�e sobie poradzi�. Jest bardzo inteligentny i ma olbrzymi� wiedz�. Ma dost�p do najnowszych i najlepszych wynik�w bada� naukowych - wszelkich dzia��w nauki - fizyki, astrofizyki, kosmologii i czego tam jeszcze. Poniewa� u podstaw tego wszystkiego le�y mechanika kwantowa, przyjmuje mechanik� kwantow� jako obowi�zuj�c� - bez tego nie m�g�by wykonywa� pracy, do kt�rej go zaprogramowano. To jest podstawa jego oprogramowania. - Prawie powiedzia�em "osobowo�ci".
U�miech przejawia� teraz wi�cej b�lu ni� rozbawienia, ale Sigfrid nadal s�ucha�.
- A r�wnocze�nie, Sigfridzie, on ma drug� warstw� oprogramowania. Nauczono go my�le� i zachowywa� si�
- by�, w tak du�ym stopniu, jak to mo�liwe - bardzo inteligentn� i m�dr� osob�, kt�r� nie �yje od bardzo d�ugiego okresu czasu, a kt�ra kiedy� uwa�a�a, �e mechanika kwantowa jest w ca�o�ci b��dna. Nie wiem, czy taki konflikt poczyni�by szkody u istoty ludzkiej - rzek�em
- ale na pewno mo�e powa�nie uszkodzi�... eee... program komputerowy.
Na czole Sigfrida pokaza�y si� kropelki potu. Skin�� g�ow� w milczeniu, a ja do�wiadczy�em kr�tkiego, bolesnego przeb�ysku wspomnie� - czy to, jak Sigfrid wygl�da teraz, przypomina mnie w tych czasach dawno, dawno temu, kiedy chodzi�em do niego na seanse? - Czy to mo�liwe? - dopytywa�em si�.
- To powa�na dychotomia, tak - odszepn��.
I wtedy zapad�em si�.
Cienki l�d trzasn��. Tkwi�em po kostki w mokradle. Jeszcze nie ton��em, ale ju� nie potrafi�em si� wydosta�. Nie wiedzia�em, co dalej robi�.
Moja koncentracja posz�a w diab�y. Rozejrza�em si� dooko�a z poczuciem bezsilno�ci, patrz�c na Essie i innych, i czu�em si� bardzo stary i bardzo zm�czony - jak r�wnie� bardzo chory. Tak bardzo si� zapl�ta�em w problem dokonania psychoanalizy mojego psychonalityka, �e zapomnia�em o b�lu w brzuchu i cierpn�cych ramionach; ale teraz te objawy powr�ci�y ze wzmo�on� si��. To nie dzia�a�o. Za ma�o wiedzia�em. By�em absolutnie pewny, �e odkry�em podstawowy problem, kt�ry spowodowa� amnezj� Alberta - i nic z tego nie wynika�o!
Nie wiem, jak d�ugo bym tam siedzia� jak g�upi, gdybym nie otrzyma� wsparcia. Nadesz�o od dw�ch os�b r�wnocze�nie.
- Impuls - wyszepta�a Essie z naciskiem w moje ucho, a w tej samej chwili Janie Yee-xing poruszy�a si� i rzek�a niepewnie:
- Ale musia� by� jaki� incydent, kt�ry bezpo�rednio to spowodowa�, prawda?
Twarz Sigfrida sta�a si� pusta. Trafiony. W czu�e miejsce.
- Co to by�o, Sigfrid? - spyta�em. Brak odpowiedzi. - No jazda, Sigfrid, stara psychoanalityczna maszynko, wyrzu� to z siebie. Co by�o t� rzecz�, kt�ra wypchn�a Alberta przez �luz�?
Popatrzy� mi prosto w oczy, ale nie mog�em odczyta� wyrazu jego twarzy, bo obraz by� zamazany. Wygl�da� prawie jak ekran piezofonu, w kt�rym co� psuje si� w obwodach, wi�c obraz blednie.
Blednie? Czy ucieka w amnezj�?
- Sigfrid - krzykn��em - prosz�! Powiedz nam, co tak wystraszy�o Alberta, �e uciek�? A je�li nie mo�esz, sprowad� go tu, �eby�my mogli z nim porozmawia�!
Jeszcze wi�ksze zak��cenia. Nie by�em ju� w stanie okre�li�, czy nadal na mnie patrzy.
- Powiedz mi! - rozkaza�em i z rozmazanego holograficznego cienia dobieg�a odpowied�:
- Kugelblitz.
- Co? Co to jest kugelblitz? - rozejrza�em si� wok� skonsternowany. - Cholera, sprowad� go tu, �eby sam nam m�g� powiedzie�.
- On tu jest, Robinie - szepn�a mi Essie do ucha.
Wtedy obraz zn�w si� wyostrzy�, ale nie przestawia� ju� Sigfrida. Schludna twarz Freuda z�agodnia�a i rozszerzy�a si� staj�c si� �agodn�, workowat� twarz� niemieckiego kapelmistrza, a siwe w�osy wyros�y nad smutnymi oczami mojego najbli�szego i najlepszego przyjaciela.
- Jestem, Robinie - rzek� Albert Einstein z �alem. - Dzi�ki za pomoc. Ale nie wiem, czy ty masz mi za co dzi�kowa�.
Tu si� nie myli�. Nie podzi�kowa�em mu.
Pomyli� si� jednak, je�li chodzi o przyczyn�, gdy� nie podzi�kowa�em mu nie dlatego, �e to co powiedzia� by�o przera�aj�co nieprzyjemne, tak straszliwie niezrozumia�e, ale tak�e dlatego, �e moja sytuacja nie by�a dla tego odpowiednia, kiedy sko�czy�.
Kiedy zacz��, moja sytuacja nie poprawi�a si� znacz�co, poniewa� rozczarowanie jego powrotem utrzyma�o si� jeszcze p�niej. By�em zm�czony. Wyczerpany. Nie by�o dla mnie niczym dziwnym, �e by�em wyczerpany, m�wi�em sobie w duchu, bo B�g mi �wiadkiem, �e tak stresuj�cego napi�cia nigdy w �yciu nie do�wiadczy�em, ale to by�o co� gorszego ni� zwyk�e wyczerpanie. Czu�em si� �miertelnie chory. Odczucie to nie wi�za�o si� tylko z moim brzuchem, ramionami czy g�ow�; to by�o tak, jakby z moich akumulator�w znika�a ca�a moc i mog�em jedynie z najwy�szym wysi�kiem skoncentrowa� si� na tym, co on m�wi.
- To tak ca�kiem nie by�a amnezja, cho� wy tak to nazywacie - rzek� obracaj�c nie zapalon� fajk� w palcach. Nie zada� sobie trudu, �eby wygl�da� �miesznie. Mia� na sobie podkoszulek i proste spodnie, ale jego stopy tkwi�y w butach, a sznurowad�a by�y zawi�zane. - To
prawda, �e zaistnia�a tu pewna dychotomia, kt�ra sprawi�a, �e sta�em si� tak wra�liwy - pani to zrozumie, pani Broadhead, sprzeczno�� w oprogramowaniu; zap�tli�em si�. Poniewa� uczyni�a mnie pani uk�adem homeostatycznym, zaistnia� inny imperatyw: usun�� usterk�.
Essie skin�a g�ow� z �alem.
- Homeostaza, tak. Ale autonaprawianie implikuje autodiagnoz�. Powiniene� poprosi� mnie o test!
- Wola�em nie, pani Broadhead - rzek�. - Z ca�ym szacunkiem, k�opoty wyst�pi�y na obszarach, na kt�rych jestem znacznie lepiej przystosowany od pani.
- Kosmologia, ha!
Zmusi�em si� do zabrania g�osu - �atwe to nie by�o, bo wpada�em w coraz silniejszy letarg.
- Czy m�g�by� po prostu powiedzie�, co zrobi�e�, Albercie?
Odpowiedzia� wolno.
- To proste, Robinie. Zdecydowa�em si� podj�� pr�b� rozstrzygni�cia tych sprzeczno�ci. Wiem, �e wygl�da na to, jakoby by�y one wa�niejsze dla mnie ni� dla ciebie; ty mo�esz by� ca�kiem szcz�liwy bez rozstrzygania kwestii kosmologicznych, ale ja nie. Po�wi�ca�em coraz wi�cej moich mocy przerobowych analizie tego problemu. Jak pewnie wiesz, w��czy�em do baz danych tego statku wiele wachlarzy Heech�w, z kt�rych niekt�re jeszcze nigdy nie zosta�y poprawnie zbadane. To by�o bardzo trudne zadanie, gdy� w tym samym czasie prowadzi�em w�asne obserwacje.
- Co takiego robi�e�, Albercie? - j�kn��em.
- W�a�nie to. W bazach danych Heech�w znalaz�em wiele odno�nik�w do czego�, co nazywamy brakuj�c� mas�. Pami�tasz, Robinie. Masa, kt�ra powinna wyja�nia� zachowanie grawitacyjne wszech�wiata, ale kt�rej astronomowie nie s� w stanie znale��...
- Pami�tam!
- Tak. C�, chyba j� znalaz�em. - Przez chwil� siedzia� namy�laj�c si�. - Obawiam si� jednak, �e to wcale nie rozwi�za�o mojego problemu, a jeszcze go pogorszy�o.
Gdyby� nie by� w stanie dotrze� do mnie dzi�ki tej sprytnej sztuczce z rozmow� z moim podprogramem, Sigfridem, chyba dot�d nie wyszed�bym z p�tli...
- Co znalaz�e�?! - wrzasn��em. Nap�yw adrenaliny prawie oddzieli� m�j umys� od cia�a, kt�re ci�gle przypomina�o mi o swoich problemach.
Machn�� r�k� w stron� ekranu i zobaczy�em, �e na nim co� widnieje.
Na pierwszy rzut oka to, co widzia�em na ekranie, nie mia�o sensu. Kiedy spojrza�em po raz drugi, tym razem uwa�niej, zmrozi�o mnie to, a patrzenie sta�o si� mniej wa�ne.
Ekran nie pokazywa� zbyt wiele. Przy jednym z brzeg�w w rogu by� wir �wiat�a - oczywi�cie, galaktyka; pomy�la�em, �e do�� przypomina M-31 w gwiazdozbiorze Andromedy, ale nie znam si� na galaktykach. Zw�aszcza wtedy, gdy nie widz� wok� nich rozb�ysk�w �wiat�a gwiazd, a takich tam nie by�o.
By�o tylko co� przypominaj�cego gwiazdy. Ma�e punkty �wietlne, tu i tam. Ale to nie by�y gwiazdy, bo mruga�y i po�yskiwa�y jak lampki na choince. Wyobra�cie sobie par� tuzin�w �wietlik�w, noc jest ch�odna, wi�c nie �l� swych nami�tnych sygna��w zbyt cz�sto, nie tak �atwo wi�c je zobaczy�. To w�a�nie tak wygl�da�o. Najbardziej widoczny z tych obiekt�w, wcale nie rzucaj�cy si� a� tak bardzo w oczy, przypomina� co�, co wygl�da�o troch� jak nie obracaj�ca si� czarna dziura, w kt�rej kiedy� straci�em Klar�, ale nie tak du�a i gro�na. Wszystko to by�o do�� dziwaczne, ale to nie to mnie tak zszokowa�o, �e a� zapar�o mi dech. Us�ysza�em g�osy innych.
- To jest statek! - wyszepta�a Dolly dr��cym g�osem. I tak faktycznie by�o.
Albert to potwierdzi�. Odwr�ci� si� z ponur� min�.
- Tak, pani Walthers, to jest statek - rzek�. - W istocie jest to statek Heech�w, kt�ry przedtem widzieli�my, jestem tego prawie pewien. Zastanawiam si�, czy uda mi si� nawi�za� z nim ��czno��.
- ��czno��! Z Heechami! Albercie - wrzasn��em - wiem, �e jeste� stukni�ty, ale czy ty sobie nie zdajesz sprawy, jak bardzo jest to niebezpieczne?
- Je�eli m�wimy ju� o niebezpiecze�stwie - rzek� smutno - to obawiam si�, �e o wiele wi�ksze stanowi kugelblitz.
- Kugelblitz? - nerwy pu�ci�y mi zupe�nie. - Albert, dupo wo�owa, nie wiem, co to jest kugelblitz i mam to gdzie�. Ale nie mam gdzie� tego, jak niewiele brakowa�o, �eby� zabi� nas wszystkich i ...
Przerwa�em, gdy� Essie po�o�y�a mi r�k� na ustach.
- Zamknij si�, Robin! - sykn�a. - Chcesz, �eby znowu wpad� w amnezj�? Dobrze, Albercie - rzek�a uspokajaj�cym tonem - tak, prosz�, �eby� nam powiedzia�, co to jest kugelblitz. Jak dla mnie to wygl�da jak czarna dziura.
Przesun�� r�k� po czole.
- Ma pani na my�li �rodkowy obiekt. Tak, to jest rodzaj czarnej dziury. Ale nie ma tam jednej czarnej dziury, jest ich wiele. Nie by�em w stanie policzy� ile, bo nie mo�na ich policzy�, no chyba, �e wsysaj� jak�� materi� i wydzielaj� promieniowanie, a mi�dzy galaktykami nie ma za wiele materii...
Powiedzia�em kiedy� Robinowi, co to jest kugelblitz - to czarna dziura powsta�a wskutek nie tyle kolapsu materii, co kolapsu znacznych ilo�ci promieniowania - ale mnie nie s�ucha�, bo nikt dot�d nic takiego nie zaobserwowa�. Powiedzia�em mu tak�e, �e przeci�tny stan przestrzeni mi�dzygalaktycznej - bardzo ma�o wolnej materii czy energii, z wyj�tkiem niewielkiego strumienia foton�w z odleg�ych galaktyk i oczywi�cie wszechobecne promieniowanie 3,7K - sprawia, �e jest to �wietne miejsce na kugelblitz, je�li nie chcesz, �eby wpad�o tam co� innego.
- Mi�dzy galaktykami? - zakrzykn�� Walthers, ale zamilk� pod spojrzeniem Essie.
- Tak Albercie, m�w dalej - zach�ci�a go.
- Nie wiem, ile tam jest czarnych dziur. Wi�cej ni� dziesi��. Prawdopodobnie wi�cej ni� dziesi�� do kwadratu. - Spojrza� na mnie b�agalnym wzrokiem. - Robinie, czy masz poj�cie, jakie to dziwaczne? W jaki spos�b mo�na to wyt�umaczy�?
- Ja nawet nie wiem, co to jest kugelblitz, nie m�wi�c ju� o wyja�nieniu tego.
- Och, wielkie nieba, Robinie - rzek� niecierpliwie -ju� kiedy� ten problem omawiali�my. Czarna dziura powstaje wskutek zapadania si� materii o niezwyk�ej g�sto�ci. John Wheeler by� pierwszym, kt�ry przewidzia� istnienie innej formy czarnej dziury, zawieraj�cej nie materi�, lecz energi� - tak wiele energii, tak g�sto upakowanej, �e jej w�asna masa oddzia�uje na orbity. W�a�nie to jest kugelblitz! - Westchn��, po czym m�wi� dalej. - Mam dwie hipotezy. Pierwsza, �e ca�y ten konstrukt jest artefaktem. Kugelblitz otaczaj� czarne dziury, kt�re chyba maj� przyci�ga� wszelk� lu�n� materi� - kt�rej z kolei nie ma tam za wiele - �eby nie by�a wci�gana przez sam kugelblitz. Druga hipoteza jest taka, �e by� mo�e patrzymy w�a�nie na brakuj�c� mas�.
Podskoczy�em.
- Albercie - wrzasn��em - czy ty wiesz, co m�wisz? Czy rzeczywi�cie chcesz powiedzie�, �e kto� m�g� zbudowa� co� takiego? Chcesz powiedzie�...
Nie sko�czy�em zdania, bo nie by�em w stanie. Cz�ciowo dlatego, �e w g�owie wirowa�o mi zbyt wiele przera�aj�cych my�li; je�li bowiem kto� zbudowa� kugelblitz i je�li by� on cz�ci� "brakuj�cej masy", oczywisty wniosek brzmi, �e kto� si� bawi prawami samego wszech�wiata, pr�buj�c powstrzyma� ucieczk� galaktyk z powod�w, kt�rych (wtedy) nie umia�em odgadn��.
Drugi pow�d by� taki, �e upad�em.
Upad�em, gdy� z jakiego� powodu nogi odm�wi�y mi pos�usze�stwa. Z boku g�owy, tu� przy uchu, poczu�em promieniuj�cy b�l. Wszystko sta�o si� szare i m�tne.
Us�ysza�em g�os Alberta krzycz�cy:
- Robinie! Przesta�em zwraca� uwag� na tw�j stan zdrowia!
- Moje co? - zapyta�em. Czy raczej pr�bowa�em zapyta�. Nie wysz�o mi to za dobrze. Moje wargi nie chcia�y uk�ada� si� w s�owa jak powinny i nagle poczu�em si� bardzo senny. Pierwszy nag�y atak umiejscowionego b�lu nadszed� i ucich�, ale mia�em �wiadomo�� odleg�ego b�lu, och, tak, wielkiego b�lu, kt�ry wcale nie by� daleko i czu�em, jak szybko si� zbli�a..
M�wi�, �e w przypadku b�lu dzia�a wybi�rcza amnezja. Nie pami�ta si� leczenia kana�owego, chyba �e z sympati�, jako prawie zabawne do�wiadczenie; gdyby tak nie by�o, �adna kobieta nie urodzi�aby wi�cej ni� jednego dziecka. Dla wi�kszo�ci z was to prawda i jestem pewien, �e przez wiele lat by�o to r�wnie� prawd� tak�e w moim przypadku.
Teraz pami�tam wszystko bardzo wyra�nie i owszem, prawie z zabarwion� humorem sympati�. To, co si� sta�o w mojej g�owie, zadzia�a�o jak moje w�asne znieczulenie, a to, czego do�wiadczy�em, zapami�ta�em niewyra�nie. Ale pami�tam t� niewyra�no�� bardzo dok�adnie. Pami�tam pe�ne paniki rozmowy i jak niesiono mnie na kanap�; pami�tam d�ugie dialogi i malutkie uk�szenia igie�, kt�rymi Albert pompowa� we mnie leki i pobiera� pr�bki. I pami�tam szlochaj�c� Essie.
Trzyma�a moj� g�ow� na swoich kolanach. Cho� m�wi�a do Alberta i to g��wnie po rosyjsku, s�ysza�em moje imi� wystarczaj�co cz�sto by wiedzie�, �e m�wi o mnie. Pr�bowa�em wyci�gn�� r�k� i dotkn�� jej policzka.
- Umieram - powiedzia�em, albo przynajmniej pr�bowa�em powiedzie�.
Zrozumia�a. Pochyli�a si� nade mn� a jej d�ugie w�osy opad�y mi na twarz.
- Robin, najdro�szy - zanuci�a - tak, umierasz. Znaczy, twoje cia�o umiera. Ale to nie oznacza twojego ko�ca.
Przez te wszystkie lata, kiedy byli�my razem, czasem rozmawiali�my o religii. Wiedzia�em, w co wierzy. Nawet wiedzia�em, w co ja wierz�. Essie, chcia�em powiedzie�, nigdy dot�d mnie nie ok�ama�a�, nie musisz
tak robi�, �eby u�atwi� mi umieranie. Wszystko w porz�dku. Ale wysz�o mi jedynie co� w rodzaju:
- Tak robi�!
�zy spada�y mi na twarz; Essie ko�ysa�a mnie i nuci�a:
- Nie. Naprawd� nie, Robin, najdro�szy. Jest szansa, bardzo du�a szansa...
Podj��em nadludzki wysi�ek.
- Nie... ma... �ycia... po... �mierci - powiedzia�em z moc�, robi�c odst�py mi�dzy s�owami i wymawiaj�c je najwyra�niej jak umia�em. Mo�e zabrzmia�y niewyra�nie, ale zrozumia�a. Pochyli�a si� i poca�owa�a mnie w czo�o. Poczu�em, jak jej wargi poruszaj� si� dotykaj�c mojej sk�ry gdy wyszepta�a:
- Nie. Teraz jest �ycie po �mierci.
Czy mo�e powiedzia�a: "�ycie Po �mierci".